A w kwestii zawodów. Moja koleżanka Madzia, krakowska stomatolog pracująca w trzech miejscach pojechała na krótki wypad na Florydę. I spotkała się ze wspólnym znajomym. W Polsce muzyk jazzowy, multiinstrumentalista. Tam owszem coś nagrywa, gdzieś grywa ale utrzymuje się głównie z firmy oferującej psie spacery. Zatrudnia 2 pracowników i sobie po promenadzie idą, jadą na rolkach lub hulajnogach a pieski obok .
Roch Kołodziej, również Polak ożeni się z Indianką i jest przewodnikiem wycieczek po rezerwatach. Głównie Polaków. To znaczy oprowadza głównie Polaków.
Żona mojego znajomego kardiochirurga dziecięcego ze Szwajcarii ma salon piękności dla piesków. To znaczy pracuje w nim a nie tylko ma.
No u nas wyobraźcie sobie spotkanie towarzyskie profesorskie i pytanie o zawód małżonki.
A dlaczego tak jest. To moja prywatna teoria. Przez lata w tym kraju nie miało się nic. Najpierw zabierali zaborcy, potem ustrój nie kochał zamożnych i posiadających.
Każdy miał równo i każdy miał g....o. Więc choć te studia i te literki przed nazwiskiem, żeby nie czuć się jak byle co. I tak trochę zaczęliśmy odlatywać. Nie masz studiów, jesteś gorszy. Mamy pytają córki jaki wykształcenie ma ukochany, jego rodzice, rodzeństwo.
A w świecie cię nie pytają. Masz mieszkanko, psa, chodzisz w soboty na jakieś imprezy, uprawiasz jakiś sport, jesteś oczytany, kulturalny i to wszystko. Przeciętnego człowieka stać na to samo.
Kucharz? Piękny zawód karmić ludzi.
Tyle pisze się o szkolnictwie w Szwecji, Norwegii, Islandii. Nawet u bliskich sąsiadów. Dzieci więcej się bawią, nie mają zadawanych lekcji, ciągle jakieś przerwy po kilka dni, brak ocen w naszym rozumieniu. I co? Gorsi, głupsi? Nie demonizujmy.
Miało być o książkach.